Nasza recenzja

Beauty Behind The Madness

Drugi solowy album kanadyjskiego wokalisty, kompozytora i producenta. Płyta miała zapewniony rozgłos długo przed premierą. Wszystko za sprawą piosenki „Earned It”, wykorzystanej w ścieżce dźwiękowej filmu o niejakim Grey'u i jego pięćdziesięciu facjatach... Hitów – tych już wylansowanych, jak i potencjalnych – jest tutaj znacznie więcej.

Zacznę od „plusów ujemnych”. Po pierwsze – w pewnym momencie zaczyna wkradać się lekkie znużenie. Pojedynczych utworów słucha się świetnie – przejście przez całość za jednym podejściem nie było łatwe. Po drugie – za dużo syntetycznych brzmień, za mało żywych instrumentów. Trochę akustycznej gitary i oldskulowych dźwięków klawiszy w „Shameless” - efekt jest naprawdę udany.

Czas na „plusy dodatnie”. Abel Tesfaye (bo tak naprawdę nazywa się The Weeknd) to świetny wokalista, dysponujący ciekawą i różnorodną barwą głosu. Obcowanie z jego partiami – prawdziwa uczta dla uszu. Dwa – praktycznie każda kompozycja została wyposażona w chwytliwy refren i wpadające w ucho melodie. Stylistycznie? Generalnie poruszamy się w rejonach funk/r'n'b/soul. Trzy – duety. Zwłaszcza Ed Sheeran w bluesującym „Dark Times” wykonał kawał dobrej roboty. Chociaż do kawałka z Laną Del Rey też nie sposób się przyczepić...
Warto się zaprzyjaźnić na dłużej z tym albumem. The Weeknd to na pewno nietuzinkowy artysta. I raczej nie stanie się meteorem na muzycznym rynku...

The Weeknd "Beauty Behind The Madness"

Tracklista:

1. Real Life

2. Losers feat. Labrinth

3. Tell Your Friends

4. Often

5. The Hills

6. Acquainted

7. Can’t Feel My Face

8. Shameless

9. Earned It (Fifty Shades of Grey)

10. In The Night

11. As You Are

12. Dark Times feat. Ed Sheeran

13. Prisoner feat. Lana Del Rey

14. Angel

Komentarze: