Nasza relacja z pierwszego dnia Off Festivalu 2025!

Nasza relacja z pierwszego dnia Off Festivalu 2025!

Ależ fajnie wrócić na OFF-a!

Już kolejne zapowiedzi z ogłoszeniami artystów sprawiały, że szybciej biło serce, ale dopiero kroki w stronę Doliny 3 Stawów sprawiły, że na twarzy zagościł uśmiech. OFF Festival Katowice to przede wszystkim potężna dawka muzyki, ale też wydarzenie towarzyskie: czyjś pierwszy muzyczny festiwal, okazja do spędzenia czasu z rodziną czy przyjaciółmi, sposób na zobaczenie ulubionego zespołu. Dobrze tu wrócić!

Dotarłem na miejsce na tyle wcześnie, że kolejka do wejścia nie spowodowała negatywnych wrażeń, ale trzeba jednak zaznaczyć, że wiele osób czekało długo na wejście. Tu akurat organizator musi wyciągnąć wnioski, bo to poważna sprawa, ale na szczęście łyżka dziegciu w beczce miodu. Bo ta edycja OFF-a naprawdę broni się lineup-em.

Na początek szybki rzut okiem i uchem na scenę mBank i Visa (kiedyś Leśna), gdzie The Cassino eksperymentowali z granicami brzmień gitarowych. Potem chwila na – liczne! – spotkania ze znajomymi, a następnie powrót do koncertów.

Los Campesinos! na głównej scenie mnie nie porwali, aczkolwiek słyszałem wiele głosów uznania. Na pewno dam im kiedyś jeszcze szansę, ale jeśli chodzi o gitary, to jednak zarówno Os Mutantes, jak i Nilufer Yanya, zaprezentowali się sprawniej. Ci pierwsi, weterani z Brazylii, zauroczyli publikę dawką klasycznego rocka z potężnym wsadem psychodelii, a Nilufer, wschodząca gwiazda z UK, zagrała dokładnie w punkt mojej muzycznej estetyki. Ten koncert rozkręcał się z minuty na minutę. I aż żal, że szybko trzeba było biec na… Kneecap!

Hiphopowe trio z Irlandii ma swój moment. Film o zespole, hype, a teraz też obecność w mainstreamie za sprawą politycznego zaangażowania (nie chodzi wyłącznie o sprawę Strefy Gazy). Kilka dni temu rząd Węgier zabronił im nawet wjazdu do kraju. Czuć było nerwowe oczekiwanie. Na początku koncertu działo się trochę za mało i za słabo, ale jednak Kneecap dowieźli, zwłaszcza gdy ich DJ ładował się w publikę, a rymy i bity wyrzucane były z szybkością światła. Intrygujący był to koncert.

Fat Dog, kolejni Brytyjczycy, którzy szturmem podbijają muzyczną scenę również zapewnili zabawę totalną. Ich ubiegłoroczny album „Woof”, mieszanka dance-punku, industrialu oraz synth popu, zagrany z prawdziwą pasją sprawił, że to właśnie ten koncert wspominać będę najmilej. To oczywiście jednak nie koniec wrażeń, bo przecież jeszcze headliner!

Kraftwerk to klasa sama w sobie, esencja muzyki elektronicznej, kamień węgielny krautrocka. I może to jednak bardziej wizualia i performance, niż koncert, to jednak zagrane utwory (m.in. Das Model, Autobahn, The Man-Machine czy Radioactivity) sprawiły, że pomimo zmęczenia, poczułem się naprawdę koncertowo spełniony. No, zabrakło Computer Love, ale nie można mieć wszystkiego. Zwłaszcza że dziś drugi dzień OFF-a. Będzie się działo!

Tekst Michał Koch

Komentarze: