Quidam: 35 lat minęło, a magia wciąż trwa. Niezwykły wieczór w krakowskim Hype Parku za nami!

Quidam: 35 lat minęło, a magia wciąż trwa. Niezwykły wieczór w krakowskim Hype Parku za nami!

Są zespoły, do których wraca się po latach z sentymentem.

Są też takie, których muzyka nigdy tak naprawdę nas nie opuszcza. Towarzyszy nam gdzieś w tle codzienności, przypomina ludzi, miejsca, dawne emocje. I właśnie do tej drugiej kategorii bez wątpienia należy Quidam. 12 października 2026 roku w krakowskim Hype Parku zespół świętował swoje 35-lecie. To jeden z sześciu zaplanowanych koncertów z tej okazji. Było trochę nostalgii, sporo wzruszeń, pięknych dźwięków i przede wszystkim tej szczególnej atmosfery, której nie da się zaplanować ani wyreżyserować. Ona po prostu pojawia się wtedy, kiedy na scenie spotykają się właściwi ludzie. A tego wieczoru naprawdę było kogo słuchać.

Koncert rozpoczął się punktualnie. Na scenie pojawili się muzycy Quidam, a wraz z nimi Emilia Nazaruk, pierwsza wokalistka zespołu, której głos dla wielu słuchaczy na zawsze pozostanie jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów jego wczesnej twórczości.

I właściwie od pierwszych chwil wszystko było na swoim miejscu. Te charakterystyczne melodie, przestrzeń między dźwiękami, odrobina melancholii i głos Emilii, który ma w sobie coś niezwykle trudnego do opisania. Jest subtelny, ale jednocześnie potrafi przyciągnąć uwagę z ogromną siłą. Nie potrzebuje przy tym żadnych sztuczek ani przesadnej ekspresji. Wystarczy, że Emilia zaczyna śpiewać, a człowiek mimowolnie daje się wciągnąć w jej opowieść. Bo właśnie opowieści były ważną częścią tego występu.

Pomiędzy utworami Emilia podzieliła się z publicznością wspomnieniami, wracała do wydarzeń i doświadczeń, które miały wpływ na jej życie, sposób patrzenia na świat, a także na muzykę, którą tworzyła. Nie było w tym niczego wymuszonego. Raczej szczerość i potrzeba podzielenia się czymś osobistym. Dzięki temu koncert chwilami przypominał spotkanie ze starymi znajomymi, podczas którego muzyka staje się naturalnym przedłużeniem rozmowy.

Szczególnym momentem było wykonanie utworu „Jesteś”. Emilia opowiedziała o jego osobistym znaczeniu, a kiedy zabrzmiały pierwsze dźwięki, słowa nabrały jeszcze większej wagi. Są przecież takie kompozycje, których nie da się zaśpiewać obojętnie. Niosą ze sobą zbyt wiele wspomnień i emocji. „Jesteś” zdecydowanie należy do tej kategorii.
Słuchając Emilii, trudno było nie pomyśleć o tym, jak wyjątkową muzykę Quidam tworzył od samego początku. Ta muzyka zawsze miała w sobie coś ulotnego, trochę baśniowego, a jednocześnie bardzo ludzkiego.
I chyba właśnie dlatego tak dobrze się starzeje.

Po Emilii przyszedł czas na Bartosza Kossowicza, wokalistę, który przed laty stanął przed niełatwym zadaniem. Zastąpienie tak charakterystycznego głosu w zespole mającym już własną historię i wiernych słuchaczy z pewnością nie należało do najprostszych wyzwań. Bartosz jednak nie próbował być drugą Emilią. Poszedł swoją drogą i, jak pokazał czas, była to bardzo dobra decyzja. Jego pojawienie się na scenie wniosło nieco inną energię. Więcej rockowego pazura, mocniejszą ekspresję, ale bez utraty tego, co w muzyce Quidam najważniejsze – melodii i emocji.

Kossowicz ma głos, który znakomicie odnajduje się w progresywnych kompozycjach. Potrafi śpiewać delikatnie, niemal intymnie, by za chwilę nadać utworowi zupełnie inny ciężar. Jest w jego interpretacjach sporo naturalności, a przede wszystkim umiejętność opowiadania historii. Bo dobry wokalista to przecież nie tylko ktoś, kto trafia w odpowiednie dźwięki. To ktoś, kto potrafi sprawić, że słuchacz uwierzy w każde zaśpiewane słowo. Bartosz niewątpliwie ma tę umiejętność.

Co ciekawe, zestawienie obu wokalistów podczas jednego wieczoru pozwoliło spojrzeć na historię Quidam z nieco innej perspektywy. Emilia i Bartosz reprezentują dwa różne muzyczne światy, dwie odmienne wrażliwości, a jednak oboje doskonale odnajdują się w tej samej estetyce.

To również świetnie pokazuje, jak bardzo przez lata zmieniała się muzyka zespołu. Od delikatnych, momentami folkowych i symfonicznych klimatów, po bardziej zdecydowane, rockowe brzmienia. Quidam nigdy nie stał w miejscu. Zmieniały się głosy, pojawiały nowe pomysły, dojrzewały kompozycje. A mimo to wciąż można było rozpoznać ten charakterystyczny muzyczny język. Nie każdy zespół potrafi zachować własną tożsamość, przechodząc przez tyle zmian. Quidam się to udało.

Na finał organizatorzy zostawili coś szczególnego. Ostatnia część wieczoru należała do Colina Bassa, muzyka, którego fanom rocka progresywnego przedstawiać właściwie nie trzeba. Basista i wokalista legendarnego Camel to postać, która od lat budzi ogromny szacunek, nie tylko ze względu na swój dorobek, ale również niezwykłą muzyczną wrażliwość.

Jego obecność na jubileuszu Quidam nie była przypadkowa. Muzyczne drogi Colina i polskiego zespołu przecinały się już wcześniej, a łączy je coś znacznie ważniejszego niż samo zamiłowanie do rocka progresywnego. To również podobne podejście do muzyki. Colin Bass jest właśnie takim muzykiem, który nie potrzebuje błyszczeć za wszelką cenę. Ma w sobie spokój, klasę i ogromne doświadczenie, które słychać w każdym zagranym dźwięku. Jego charakterystyczny, ciepły głos idealnie pasował do atmosfery tego wieczoru.

Bliżej finału całą trójka pojawiła się razem na scenie. Trio Colina Bassa, Emilii Nazaruk i Bartosza Kossowicza było czymś więcej niż tylko spotkaniem wokalistów. To było symboliczne połączenie różnych etapów muzycznej historii, różnych doświadczeń i osobowości.

I właśnie takie momenty mają w koncertach największą wartość. Kiedy muzycy nie muszą niczego udowadniać, nie ścigają się na efektowne solówki, ale po prostu cieszą się wspólnym graniem. Wtedy pojawia się coś, czego nie da się zapisać w nutach. Co to jest? Oczywiście muzyczna chemia! A przecież to ona sprawia, że niektóre koncerty pamiętamy jeszcze długo po wybrzmieniu ostatniego akordu.

Trzydzieści pięć lat to kawał historii. Przez ten czas zmieniło się dużo: muzyczne mody, sposób słuchania płyt, technologia, a nawet to, jak dziś przeżywamy koncerty. Tymczasem muzyka Quidam wciąż brzmi zaskakująco świeżo, ponieważ nie była nigdy tworzona pod aktualne trendy.

Quidam od początku podążał własną ścieżką. Oczywiście w jego twórczości można usłyszeć inspiracje klasykami rocka progresywnego, takimi jak Camel, Genesis czy Pink Floyd. Ale byłoby dużym uproszczeniem sprowadzać muzykę grupy wyłącznie do tych porównań. Quidam przez lata wypracował swój własny styl, pełen liryzmu, subtelnych zmian nastroju i doskonałych aranżacji. W tej muzyce zawsze było miejsce na oddech. Na ciszę pomiędzy dźwiękami. Na długie instrumentalne fragmenty, podczas których można zamknąć oczy i pozwolić myślom swobodnie wędrować.

Co ważne, Quidam nigdy nie traktował progresywnego rocka jak sportowej konkurencji. Nie chodziło o to, kto zagra bardziej skomplikowany rytm albo dłuższą solówkę. Tutaj zawsze liczyła się kompozycja, klimat i to trudne do uchwycenia uczucie, które pozostaje w człowieku po wysłuchaniu utworu. I właśnie za to można tę muzykę kochać.

Kiedy patrzy się na takie koncerty, łatwo popaść w sentymentalny ton. W końcu 35 lat działalności to wystarczający powód, żeby wspominać dawne czasy, pierwsze płyty i koncerty. Krakowski wieczór pokazał coś znacznie ciekawszego.

Quidam nie jest jedynie pięknym wspomnieniem z historii polskiego rocka progresywnego. To muzyka, która nadal żyje, oddycha i ma wiele do powiedzenia.

Występ Emilii przypomniał o korzeniach zespołu i niezwykłej wrażliwości, od której wszystko się zaczęło. Bartosz pokazał, jak można rozwijać tę historię, nie tracąc jej ducha. Colin Bass dołożył do tego własną muzyczną osobowość, a wszystko to złożyło się na wieczór, który trudno traktować wyłącznie jako zwykły koncert.

Trochę wspomnień, dużo serdeczności i mnóstwo muzyki, która nie potrzebuje wielkich słów, żeby poruszać. Bo może właśnie o to w tym wszystkim chodzi? Żeby po trzydziestu pięciu latach wciąż mieć ochotę wejść na scenę, spotkać się z ludźmi i zagrać dla nich muzykę, w którą nadal się wierzy. A po drugiej stronie sceny wciąż byli ci, którzy chcieli jej słuchać.

Komentarze: