Są koncerty, na które idzie się posłuchać dobrej muzyki. Są też takie, podczas których człowiek nagle uświadamia sobie, jak wiele wspomnień kryje się w doskonale znanych melodiach.
Wczorajszy wieczór, 18 października 2026 roku, w katowickim Spodku zdecydowanie należał do tej drugiej kategorii. Grzegorz Skawiński i Waldemar Tkaczyk świętowali 50-lecie pracy artystycznej podczas koncertu „Królowie Życia”. I muszę przyznać, że był to wieczór, który przypomniał mi, jak wielką siłę ma muzyka towarzysząca nam przez lata.
Pięćdziesiąt lat na scenie. Brzmi imponująco, prawda? Ale kiedy patrzy się na Grzegorza Skawińskiego i Waldemara Tkaczyka, trudno uwierzyć, że za nimi aż pół wieku muzycznej historii. Bo energia, którą wczoraj zaprezentowali, mogłaby zawstydzić niejednego znacznie młodszego artystę.
Od pierwszych dźwięków było wiadomo, że nie będzie to zwykły koncert jubileuszowy, podczas którego artyści jedynie odcinają kupony od dawnych sukcesów. Wręcz przeciwnie! Było żywiołowo, momentami nostalgicznie, chwilami bardzo rockowo, ale przede wszystkim autentycznie.
Skawiński? Klasa sama w sobie!
Nie będę ukrywać, Grzegorz Skawiński zrobił na mnie ogromne wrażenie. On jest po prostu w świetnej formie! Jego charakterystyczny głos, gitarowe solówki i sceniczna swoboda sprawiają, że trudno oderwać od niego wzrok. Nie ma w tym nic wymuszonego. Jest za to doświadczenie, charyzma i ta niezwykła pewność, którą zdobywa się przez dziesięciolecia grania na scenie. A kiedy Skawiński sięga po gitarę i zaczyna grać, od razu wiadomo, z kim mamy do czynienia. To brzmienie jest nie do podrobienia.
Waldemar Tkaczyk? Jak zawsze znakomity! Jego bas może nie zawsze wysuwa się na pierwszy plan, ale to właśnie on nadaje muzyce odpowiedni puls i charakter. Uwielbiam takie granie – bez zbędnego popisywania się, za to z ogromnym wyczuciem i muzyczną klasą. Skawiński i Tkaczyk to duet, który rozumie się na scenie niemal bez słów. Po pięćdziesięciu latach wspólnego grania trudno się temu dziwić.
Nie mogę też pominąć Adama Tkaczyka. Jego solo perkusyjne było jednym z tych momentów, które naprawdę zapadają w pamięć. Energia, precyzja, tempo i świetna technika. Publiczność nagrodziła go wielkim aplauzem i absolutnie zasłużenie! Takie chwile przypominają, jak wielką przyjemnością jest słuchanie muzyki granej na żywo przez naprawdę dobrych instrumentalistów.
Świetne w tym koncercie było dla mnie to, jak naturalnie przeplatały się różne muzyczne światy. Z jednej strony wielkie przeboje Kombi, z drugiej mocniejsze, rockowe kompozycje z czasów O.N.A.
I nagle okazuje się, że człowiek zna niemal wszystko. Że wystarczy kilka pierwszych taktów, by przypomnieć sobie nie tylko tekst, ale też czas i miejsce, z którym dana piosenka się kojarzy.
Patrząc na publiczność, miałam wrażenie, że każdy przyszedł do Spodka z własną historią zapisaną w tych utworach. Jedni pamiętają Kombi z lat młodości, inni dorastali przy O.N.A., a jeszcze inni odkrywali te piosenki znacznie później. I właśnie to jest w muzyce najpiękniejsze. Łączy ludzi, którzy na co dzień mogą mieć ze sobą niewiele wspólnego.
Jednym z najbardziej sentymentalnych momentów wieczoru było dla mnie wykonanie „Bez ograniczeń energii”, utworu doskonale znanego jako czołówka kultowego programu telewizyjnego „5-10-15”.
Przez niemal 25 lat, od 18 grudnia 1982 roku do 26 maja 2007 roku, ta melodia była motywem przewodnim programu dla dzieci i młodzieży emitowanego w TVP1 i TVP2.
Wystarczyło usłyszeć te charakterystyczne dźwięki, by myślami przenieść się do czasów, kiedy sobotnie poranki spędzało się przed telewizorem, a „5-10-15” było jednym z obowiązkowych punktów weekendu. Niby tylko instrumentalny utwór, a ile wspomnień! I chyba właśnie takie muzyczne niespodzianki lubię na koncertach najbardziej.
Mery Spolsky i Michał Szpak: ciekawe spojrzenie na repertuar O.N.A.
Jubileuszowy wieczór uświetnili również zaproszeni goście. Jako pierwsza na scenie pojawiła się Mery Spolsky, rozpoczynając utwór „Znalazłam” z repertuaru O.N.A. Było to interesujące spotkanie dwóch muzycznych światów. Mery, ze swoją charakterystyczną ekspresją i sceniczną osobowością, wniosła do tej kompozycji własną energię. Lubię, kiedy artyści nie próbują za wszelką cenę kopiować oryginału, lecz interpretują go na swój sposób. Tutaj właśnie to było najciekawsze.
Później przyszedł czas na Michała Szpaka, który wykonał „Drzwi” oraz „Kiedy powiem sobie dość”. Przyznam, że byłam szczególnie ciekawa, jak poradzi sobie z repertuarem tak mocno kojarzonym z Agnieszką Chylińską. To przecież utwory pełne emocji, charakteru i rockowej zadziorności.
Szpak postawił na swoją największą siłę, czyli ekspresyjny wokal i emocjonalną interpretację. Wprawdzie twierdził, że nie jest w najlepszej formie wokalnej, lecz kompletnie nie było tego słychać. Michał nie próbował być drugą Chylińską, co zdecydowanie wyszło tym wykonaniom na dobre. Jego głos nadał obu kompozycjom nieco inny wymiar, a jednocześnie zachował ich wyjątkowość.
Oba gościnne występy były ciekawym urozmaiceniem koncertu i pokazały, że utwory O.N.A. wciąż mają ogromny potencjał, również w nowych interpretacjach.
A potem przyszedł finał. Cztery potężne hity i końcowe „Pokolenie”. Nie wiem, czy można było wybrać lepszy utwór na zakończenie koncertu z okazji pięćdziesięciolecia pracy artystycznej.
W pewnym momencie właściwie nie miało już znaczenia, kto stoi na scenie, a kto na widowni. Śpiewali wszyscy. Ludzie na trybunach, ludzie pod sceną. Każdy znał słowa, każdy chciał być częścią tej chwili. Ja sama śpiewałam je prawie wszystkie.
Bo przecież te piosenki były z nami w różnych momentach życia. Przy pierwszych miłościach, rozstaniach, spotkaniach z przyjaciółmi, w samochodzie, w radiu, i na koncertach. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak mocno wrosły w naszą codzienność.
Pięćdziesiąt lat minęło. I co dalej?
Wracając myślami do tego koncertu, najbardziej zapamiętam nie tylko świetne wykonania i muzyczne niespodzianki, ale przede wszystkim atmosferę. To niezwykłe, że po pięćdziesięciu latach można nadal wychodzić na scenę z taką energią i sprawiać, że publiczność śpiewa niemal każdy utwór. Bez względu na to, czy pochodzi on z czasów Kombi, O.N.A., czy późniejszego okresu twórczości muzyków.
Grzegorz Skawiński nadal zachwyca formą, Waldemar Tkaczyk niezmiennie imponuje klasą, a cały zespół udowadnia, że muzyka grana z pasją nie starzeje się nigdy.
I wiecie co? Patrząc wczoraj na ludzi śpiewających wspólnie „Pokolenie”, pomyślałam sobie, że właśnie na tym polega fenomen Skawińskiego i Tkaczyka. Oni nie tylko tworzyli przeboje. Oni przez pięćdziesiąt lat tworzyli ścieżkę dźwiękową naszego życia.
A po wczorajszym koncercie w katowickim Spodku mam tylko jedną refleksję: skoro tak brzmi pięćdziesiąt lat na scenie, to ja poproszę o kolejne! Zresztą… Skawiński przecież obiecał.