Wspomnienia Mariusza Dudy o Piotrku Grudzińskim...

Wspomnienia Mariusza Dudy o Piotrku Grudzińskim...

Na swoim profilu Mariusz Duda, wokalista, basista i lider zespołu Riverside wspomina swojego niedawno zmarłego kolegę:

Jedną z moich ulubionych złośliwości pod adresem Grudnia było przypominanie mu dzień przed jego urodzinami o tym, że jest pół roku starszy ode mnie. Tuż przed jego 40-tką powiedziałem: – Wiesz, ile lat będę miał 15 marca? Wciąż 39, a Ty?

Słuchaliśmy tej samej muzyki. Puszczaliśmy sobie na imprezach Solar Fields czy Hedningarnę i tańczyliśmy wokół niewidzialnego ogniska z zamkniętymi oczami. W dawnej Progresji leżeliśmy na plecach na małej scenie w rogu i słuchaliśmy z głośników Archive. I tego, jak fajnie udało nam się porobić patenty w "In Two Minds". Rywalizowaliśmy ze sobą, który z nas jest wierniejszym fanem Dead Can Dance. Kto bardziej kocha ten zespół. Przegrałem sromotnie, kiedy dotarło do mnie, że wszystkie jego tatuaże związane są właśnie z grafikami Dead Can Dance. I że za winyl „Into The Labyrinth” dał na licytacji ponad 500 zł.

Wyznawaliśmy zasadę, że trzy trafione dźwięki są istotniejsze niż tych dwanaście naokoło gryfu. Kręciło nas to emocjonalne podejście. Komponowałem tak, żeby mógł grać właśnie w ten sposób. Uzupełnialiśmy się. Od samego początku w Riverside wiedziałem, że jest gitarzystą charakterystycznym, którego gra sprawia, że można malować pejzaże. Miał oryginalny styl, swój własny, a to zawsze u mnie biło na głowę wszystkie techniczne wygibasy i popisy cyrkowe. Przede wszystkim jednak był skromny, miał pokorę i wiedział, na ile go stać. I wszystko to słychać było w jego grze. To było niesamowite i fascynujące.

Nie potrafił udawać emocji. Kiedy był zadowolony, cieszył się, skakał z radości, wygłupiał, kiedy miał zły humor, nawet na scenie nie potrafił udawać. Miał zły humor i wszyscy to widzieli. Schodziliśmy wtedy po koncercie na backstage i mówiliśmy: – Kurwa, Piotrek, ludzie widzą, że masz focha, naucz się w końcu grać trochę dla nich. – Taki jestem i nic na to nie poradzę! – krzyczał. Taki był. Szczery do bólu. Grał to, co umiał i jak umiał, nie udawał. I takim był człowiekiem. Ale razem dojrzewaliśmy. Na ostatniej trasie zaskakiwaliśmy samych siebie, ile pozytywnych emocji jesteśmy w stanie z siebie wykrzesać. Działo się to wtedy, kiedy mieliśmy ze sobą kontakt wzrokowy, kiedy się do siebie uśmiechaliśmy. Ten patent z opieraniem się plecami w „Feel Like Falling” ładował baterie na cały występ. Stawaliśmy się jednością na scenie, prawdziwym zespołem. Dzięki niemu chciałem, żebyśmy wciąż tym zespołem byli, mimo moich solowych zapędów.

Uczyliśmy się od siebie nawzajem. Tych najważniejszych rzeczy. Żeby zawsze pamiętać, że trzeba być przede wszystkim dobrym człowiekiem. Żeby pielęgnować w każdym z nas te najbardziej wartościowe cechy. I żeby korzystać z życia i nie odkładać go na potem. Ilekroć się gubiłem, to dzięki Grudniowi mogłem się odnaleźć. Jakoś tak dobrze na siebie działaliśmy, inspirowaliśmy się i wzajemnie pomagaliśmy. Byliśmy jak bracia. Blisko siebie, czasami daleko, ale w tych najważniejszych kwestiach zawsze mogliśmy na siebie liczyć. Łączyła nas nie tylko muzyka. Łączyło nas to, że mogliśmy rozmawiać o tym, o czym ludzie z reguły nie chcą – o emocjach, o tym, jak się czujemy, dlaczego tak reagujemy, dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy.

To jakiś żart, jakiś ponury twist z cholernej "Gry o Tron", którą czytaliśmy namiętnie w tym samym czasie, podpatrując, ile stron jeszcze zostało temu drugiemu. Otrzymujesz cios zbliżony do tego, jakie otrzymuje dziecko stawiające pierwsze kroki, by w sekundzie zostać zmiecione przez tę wielką kulę do burzenia budynków. I zostaje taka wielka dziura. Taka ziejąca czarną pustką dziura ze strzępkami martwego ciała dookoła. Czuję się, jakby coś wyrwało mi pół serca i zabrało pół duszy. Wciąż płaczę i nie jestem w stanie się pozbierać. Czuję w sobie ogromne morze smutku i bólu. Owszem, czasami w ramach równowagi trafia się czarny humor, w innym momencie jestem po prostu wkurwiony, ale prawda jest taka, że brakuje mi Ciebie Piotruś i nie wiem, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Razem z Twoją śmiercią skończyło się wiele rzeczy, zgasło, zniknęło, rozpadło się na kawałki. Jestem po prostu zdruzgotany. Czuję się, jakby przypływ rozbijał mnie o skały i z każdym uderzeniem fali było tylko gorzej. Nie wiem, kiedy minie ten ból, ale na razie, jak widać, musi być częścią mnie. Tak jak i Ty byłeś częścią mojego życia.

Żegnaj mój kochany Przyjacielu. Do zobaczenia gdzieś po drugiej stronie.

Komentarze: