Vincent Cavanagh (Anathema): "Sporo z najbardziej zabawnych nocy w moim życiu zdarzyło się w Polsce!"

Vincent Cavanagh (Anathema): "Sporo z najbardziej zabawnych nocy w moim życiu zdarzyło się w Polsce!"

Zapraszamy do lektury naszego wywiadu z liderem grupy Anathema, Vincentem Cavanaghiem.

Rozmowę przeprowadził Mateusz M. Godoń.

MATEUSZ: Już w sierpniu Anathema ponownie pojawi się w Polsce, by wystąpić podczas festiwalu Prog In Park w Warszawie. Czego możemy spodziewać się po tym koncercie? Czy zamierzacie przygotować dla swych fanów coś specjalnego na ten festiwal?

VINCENT: Na pewno możemy obiecać, że jak zawsze damy z siebie wszystko dla naszych fanów. Nie mogę na razie zdradzić nic więcej – na pewno nie znam jeszcze szczegółów setlisty. Będziemy się nad nią zastanawiać bliżej daty koncertu.

M. Licząc koncerty pod szyldem „Anathema Acoustic”, podczas których występujesz jedynie ze swym bratem Danielem, zagrałeś w Polsce już ponad 60 razy! Z całą pewnością masz więc stąd mnóstwo wspomnień – może mógłbyś zatem jakimś szczególnym się z nami podzielić?

V: Widzisz, to jest tak, że będąc w trasie z Anathemą przeżyłem najzabawniejsze noce w moim życiu i całkiem sporo z nich zdarzyło się w Polsce. Ale obawiam się, że nie mogę opowiedzieć nic z tego, co się wtedy działo, bo jeszcze przeczytałby to potem ktoś, kto nie powinien tego robić, i mogłaby z tego wyjść jakaś kiepska akcja (śmiech). Musisz się z nami spotkać osobiście po koncercie i zobaczysz sam, co się dzieje w naszym gronie!

M: Skoro już wspomniałem o Waszych akustycznych występach, to pozwól, że jeszcze pociągnę ich temat: jaka jest główna różnica między nimi a „normalnymi” koncertami Anathemy – nie licząc oczywiście ilości osób na scenie?

V: Tak naprawdę tych ważnych różnic jest całe mnóstwo. Po pierwsze, każda z piosenek, jaką gramy z Danielem, może zostać przez nas zmieniona w dowolny sposób – pewne elementy zapętlamy, czasami nadajemy utworom zupełnie inny rytm, niż mają oryginalne wersje. Po drugie, zmienia się też odbiór samego występu. Szczerze mówiąc, podczas tych akustycznych koncertów mam wrażenie, że odsłaniam się przed publicznością znacznie mocniej, niż normalnie – ale to w sumie dobrze! Dzięki temu mogę poczuć o wiele bardziej osobistą więź z publicznością, niż podczas typowo rockowych występów – one są kompletnie inne i czasami będąc na scenie musisz robić z siebie niezłego dupka (śmiech).

M: Wasz zespół stanowi raczej rodzinny biznes, niż grupę mniej lub bardziej przypadkowo dobranych muzyków. Czy w związku z tym dogadujecie się lepiej, niż inne zespoły – a może raczej wręcz częściej zdarzają Wam się poważne kłótnie?

V: Poważne kłótnie? A skąd! Ale myślisz, że gdybyśmy się kłócili, to bym się do tego przyznał? Uważam, że rywalizacja między rodzeństwem wywlekana na światło publiczne jest czymś wręcz wulgarnym. Z drugiej strony, gdyby to miało pozytywny wpływ na sprzedaż płyt, to czy ktoś by się tym przejmował?

M: Zespół istnieje już od niemal 30 lat, wiec możecie mówić o sobie jako o weteranach sceny muzycznej. Patrząc z tej perspektywy – jak świat muzyki według Ciebie zmienił się na przestrzeni tych 3 dekad? Które z tych zmian były dobre – a które złe?

V: To napawdę trudne pytanie! Dałoby się napisać całą pracę dyplomową na ten temat, ale spróbuję opisać moje poglądy w skrócie (śmiech). Przede wszystkim, przez ostatnie 20-30 lat nie było muzyce jakichś istotnych nurtów, które objęłyby cały świat. Bodaj ostatnim był ten, który wyrósł ze sceny w Seattle w początkach lat 90-tych – wiesz, to było naprawdę szokujące, że typowo undergroundowy ruch był w stanie po prostu wyrzucić na śmietnik historii całe mnóstwo zespołów z poprzedniej epoki i zmienić postrzeganie muzyki. Od dziesięcioleci artyści zawsze reagowali na to, co postrzegali jako sterylne status quo. Znajdowali w swym otoczeniu ludzi, którzy dzielili ich sposób postrzegania świata i razem zaczynali tworzyć – najpierw dla siebie, potem dla swych przyjaciół, a w końcu dla szerszej publiczności. Ale żaden złoty wiek żadnego gatunku nie trwał wiecznie, najwyżej kilka lat – bo w momencie, gdy największe wytwórnie zaczynają przyciągać do siebie głównych przedstawicieli, szybko dokonują ich komercjalizacji i w efekcie tracą oni swą wiarygodność. Nie sądzę, by wiele z tych zespołów, których twórczość zdefiniowała całą erę, planowało wpłynąć na mainstream, ale jednak to nieumyślnie zrobiły. Wszystko się spieprzyło gdy wytwórnie i inne wielkie marki zechciały zaistnieć na rynku młodzieżowym – nagle w sklepowych witrynach pojawiły się podarte jeansy, flanelowe koszule i logo Nirvany na wszystkim, co wisiało na manekinach. A potem nadszedł Internet, który na dobre zmienił wszystko i spowodował upadek wszelkich ruchów w muzyce. Szczególnie da się to zaobserwować przez ostatnie 10-15 lat – wraz ze wzrostem znaczenia social mediów, które mają zarówno dobry, jak i zły wpływ na muzykę. Teraz każdy może nagrać piosenkę w swej sypialni, wrzucić ją do sieci i tym samym podzielić się nią ze swymi fanami. Tradycyjne sposoby dystrybucji przestały być potrzebne, co niby jest fajne, ale z drugiej strony stale obniża poziom materiału, który trafia do słuchaczy. Co więcej, wraz z postępującą globalizacją na znaczeniu straciły lokalne sceny muzyczne. Nie musisz już słuchać tego, czym karmi cię radio i walczyć z duchem czasów – masz dostęp od razu do piosenek z ostatnich kilkudziesięciu lat, więc podziemne zespoły nie mają już znaczenia dla dzieciaków. Underground stał się setlistą na Spotify – tym samym komercjalizm i mainstream powiedziały światu „szach – mat”.

M: Anathema również zmieniła się mocno przez te trzy dekady. Zaczynaliście jako kapela doom metalowa, by w pewnym momencie wyewoluować w stronę progresywnego rocka. Co właściwie sprawiło, że tak mocno zmieniliście swój artystyczny kierunek?

V: To nie tak, że kiedykolwiek siedliśmy i stwierdziliśmy, że „od teraz gramy inaczej”. W początkach naszej muzycznej działalności byliśmy odziani w zbroję wieku młodzieńczego. Potem, kiedy przekroczyliśmy magiczną barierę dwudziestu lat (czyli po 1996-97 roku), zauważyliśmy, że chcąc dotrzeć w piosence do samego jądra emocji, przede wszystkim musisz wyrzucić z niej wszystkie niepotrzebne warstwy – takie jak nienaturalne wokale, przedłużane w nieskończoność solówki gitarowe i temu podobne badziewie. Zresztą, zawsze uważaliśmy, że podstawą dobrego utworu są porządnie skonstruowane progresje, melodie i rytm. Po prostu z biegiem czasu stawaliśmy się coraz lepsi w wyrażaniu samych siebie.

M: Czy czasem tęsknisz za tymi „metalowymi latami”?

V: Nie, chociaż za gładkie uczesanie muszę płacić więcej, niż za fryzury, które nosiłem w tamtych czasach (śmiech). Mimo wszystko, wciąż lubię jednak większość utworów, jakie nagraliśmy w tamtych czasach.

M: W zeszłym roku wypuściliście krążek zatytułowany „The Optimist”. To swego rodzaju album koncepcyjny, nawiązujący do płyty z 2001 roku – „A Fine Day To Exit”, opowiadający historię gościa z okładki tamtego krążka. Czemu właśnie teraz zdecydowaliście się nawiązać do tamtej postaci? 

V: Szukaliśmy bohatera, któremu moglibyśmy przypisać osobiste przeżycia, i wpadliśmy na pomysł, by wybrać właśnie jego. Kiedy powiążesz historię z wymyśloną postacią, staje się ona bardziej uniwersalna i ludzie szybciej się z nią identyfikują niż gdyby wyraźnie czuli, że opowiada o nas samych.

M: Czytałem, że niektóre z wydarzeń opisanych na tym albumie są w pewnym stopniu autobiograficzne.

V: Tak, ale jak już wspomniałem – po to wykreowaliśmy bohatera opowieści, by nie musieć mówić o sobie samych. W momencie, kiedy nasza muzyka wychodzi ze studia na zewnątrz, przestaje traktować o nas, a zaczyna o czymkolwiek i kimkolwiek byś chciał, by opowiadała.

M: Czy pracujecie już nad następcą krążka „The Optimist”?

V: Pewnie! Danny, John i ja chcemy spotkaliśmy się już kilka razy w tym roku na próbach i mamy już trochę pomysłów. Wkrótce przed nami kolejne sesje, więc praca wre!

M: Czego ogólnie możemy się spodziewać po Anathemie w przyszłości?

V: Tego, że nie zdradzimy zawczasu żadnych wielkich sekretów (śmiech).

M: Czy jest coś, co chciałbyś dodać od siebie dla naszych czytelników?

V: Dzięki za Wasze wsparcie – jesteście dla nas wszystkim!

Komentarze: