Przemek Myszor (Myslovitz): „Ludzie mają tendencję do tego, by nie dostrzegać, jakie mają szczęście, że coś im się przydarzyło”

Przemek Myszor (Myslovitz): „Ludzie mają tendencję do tego, by nie dostrzegać, jakie mają szczęście, że coś im się przydarzyło”

Kilka tygodni temu, po długiej dekadzie oczekiwania, ukazał się dziesiąty studyjny album zespołu Myslovitz, zatytułowany „Wszystkie narkotyki świata”. Niedługo po premierze tego krążka ucięliśmy sobie pogawędkę z jednym z muzyków tej śląskiej formacji – gitarzystą i klawiszowcem Przemkiem Myszorem – rozmawiając nie tylko o nowej płycie, ale także o trwających właśnie obchodach 30-lecia Myslovitz i dalszych planach grupy. Zapraszamy do lektury!

Rozmowę w imieniu portalu wyspa.fm przeprowadził Mateusz M. Godoń.


MATEUSZ: Rozmawiamy niedługo po premierze waszego najnowszego krążka „Wszystkie narkotyki świata”, który ukazał się dziesięć lat po swoim poprzedniku. Co wam zajęło tak długo? Czemu tyle musieliśmy czekać na ten nowy album?

PRZEMEK: Strasznie się staraliśmy, żeby ten materiał był gotowy szybciej, ale... jakoś tak wyszło [śmiech]. Tak naprawdę nasi odbiorcy znają naszą historię i wiedzą, iż mieliśmy bardzo dużo, że się tak wyrażę, perturbacji osobistych. W tym czasie trochę leżeliśmy, trochę się podnosiliśmy, było trochę lepiej, trochę gorzej. Pojawiali się u nas nowi wokaliści i jak już wreszcie trafiliśmy na tego właściwego, to przyszedł COVID i, umówmy się, nie za bardzo nam pomógł się rozpędzić. Tak się wydawało, że to jest taki moment, w którym możesz mieć więcej czasu dla siebie, wiesz, na taką robotę w studiu. Natomiast chyba żaden z nas nie spodziewał się, że nas to psychicznie tak rozwali. Przy tak długim zamknięciu w pewnym momencie po prostu tracisz poczucie sensu tego, co robisz. Dla branży muzycznej COVID był szczególnie trudny, bo w ogóle została zamknięta możliwość grania koncertów, czyli robienia tego, na czym opiera się nasza działalność. Więc wielu muzyków zaczęło rozwozić pizzę, uczyć grania, robić różne rzeczy, by przeżyć. My na szczęście jakoś daliśmy sobie radę bez podejmowania drastycznych kroków. Natomiast tak jak mówię, ten czas na pewno nie pomógł nam wrócić na właściwe tory. Jak się skończył COVID, to przerwa między jedną płytą a drugą była już tak duża, że było trzeba się naprawdę mocno przyłożyć do pracy. Im dłużej taka przerwa trwa, tym większym obciążeniem się staje – takim trochę przekleństwem, bo starasz się przeskoczyć coś, doskoczyć gdzieś. Wiesz, wydaje ci się, że tak długo nas nie było, że wszyscy zapomnieli, więc trzeba zrobić coś specjalnego, żeby sobie przypomnieli. Nie chcę narzekać, ale sami zafundowaliśmy sobie tą ciężką sytuację. Ale z drugiej strony muszę powiedzieć ci, że po tych wszystkich obsuwach i problemach udało nam się nagrać płytę, z której jesteśmy bardzo zadowoleni. Z rewelacyjnym producentem z Bydgoszczy, Aleksandrem Kaczmarkiem, który kiedyś był naszym fanem, a teraz z nami pracuje. Wydaje mi się, że moment, w którym go spotkaliśmy, był tym właściwym momentem. Wiesz, gdybyśmy płytę wydali dwa lata wcześniej, to ona nie byłaby taka, jaka jest teraz. Nie wiem, z kim byśmy tę płytę zrobili – tym bardziej, że wcale nie tak łatwo jest w Polsce o dobrych producentów, zwłaszcza takich, którzy umieli by sobie poradzić z naszą muzyką i z naszą estetyką. Więc poczekaliśmy i proszę uwierzyć, że my to czekanie, te dziesięć lat odczuliśmy dużo boleśniej, niż ktokolwiek inny – ale wydaje mi się, że warto było!

MATEUSZ: Płyta jest zdecydowanie znakomita! Natomiast tym, co mnie frapuje, jest fakt, że pierwsze trzy single promujące ten album ukazały się w zasadzie rok temu, bo „Miłość” wyszła w marcu, „19” w kwietniu, a „Pakman” w czerwcu. Co sprawiło, że te kilka długich miesięcy jeszcze czekaliście na to, żeby cały album wypuścić?

PRZEMEK: To jest związane ze specyfiką rynku muzycznego w Polsce. Większość słuchaczy pewnie nie zdaje sobie sprawy, ale u nas to wygląda tak, że albo się wyrobisz z płytą do końca października, albo potem musisz przeskoczyć na Nowy Rok, dlatego że od listopada zaczyna się szaleństwo świąteczne i po prostu nie ma sensu wydawać płyt, bo z promocją będziemy mieć problemy, gdyż tego nikt nie wystawi na półki sklepowe w czasie, gdy królować będą albumy z kolędami. Potem jest zmiana roku i jeszcze trzeba miesiąc odczekać przynajmniej, żeby się ludzie ogarnęli i wytrzeźwieli po Sylwestrze, i potem dopiero w lutym możesz zacząć myśleć o sensownej dacie. Więc ustaliliśmy premierę na 24 lutego. Wszystko było dopięte do ostatniej chwili – i w tym momencie dostaję sms–a od mojego brata, w którym czytam: „Przemek, ale Ty zdajesz sobie sprawę, że 24 lutego jest rocznica ataku na Ukrainę?". Z wiadomych względów w tym dniu nikt nie zauważyłby naszej premiery, więc znowu musieliśmy to przesuwać. Życie.

MATEUSZ: Jasne! Wraz z premierą płyty opublikowaliście kolejny singiel „Latawce”. Czemu akurat ten utwór wybraliście? Czy tylko dlatego, że podczas nagrywania tej piosenki współpracowaliście z Atlvntą?

PRZEMEK: Nie, nie, nie! „Latawce” od zawsze były przez nas uważane za utwór z największym potencjałem singlowym. W zeszłym roku trochę długo nagrywaliśmy tę piosenkę – w momencie, kiedy się ukazywała „Miłość”, którą traktowaliśmy trochę jak taki próbnik na rynek, „Latawce” nie były jeszcze gotowe. Myśmy celowali z nimi właśnie na ów październik, ale się nie wyrobiliśmy. Ponieważ się nie wyrobiliśmy, to jak już wcześniej mówiłem, trzeba było premierę tej piosenki opóźnić. Natomiast jest to piosenka, którą można prezentować w najbardziej nawet różniących się od siebie rozgłośniach radiowych. Wiesz, z prawa i lewa wszyscy mówią, że fajna piosenka i będą ją puszczać!

MATEUSZ: Zgadzam się! Natomiast piosenką, która zwróciła moją uwagę, jest przedostatni numer z płyty, czyli „Dziewczyna z wiersza Lennona”. Czy mógłbyś coś więcej opowiedzieć o tym wyjątkowym utworze?

PRZEMEK: Wiadomo, są dwie strony Myslovitz – jasna i ciemna. Strona bardzo piosenkowa i strona psychodeliczna. My zwykle na płytach staramy się pokazywać obie strony. Zresztą u nas nie istnieje jedna strona bez drugiej. Po prostu tak mamy! Uwielbiamy psychodeliczne, długie numery. Wiem, że to jest skrajnie niemodne w tych czasach, ale szczerze mówiąc, za bardzo nas to nie interesuje. My tak naprawdę wiele rzeczy, które robimy, robimy dla siebie. Czyli to nie jest coś takiego, że komponujesz albo piszesz w jakikolwiek sposób pod rynek. Oczywiście proszę mnie źle nie zrozumieć – każdemu z nas szalenie zależy, żeby rynek to zaakceptował, czyli żeby słuchaczom się spodobało. Ale nie robimy tego specjalnie po to, żeby się podobało, tylko staramy się przede wszystkim wyrazić siebie. W każdym razie na tej płycie jest grupa takich ciemniejszych utworów, które zaczyna piosenka „19”, potem jest „Powoli” – w nich już zaczyna się taki długi, psychodeliczny lot. Potem jest „Dziewczyna...”, no i kończy całą płytę „Kosmita”. „Dziewczyna...” to piosenka, której takie zarzewie czy iskrę przyniósł na próbę nasz perkusista, Lala. On sobie ten utwór tak wyobrażał, że jest niski, basowy lub w sumie elektroniczny z powolnym śpiewaniem. Poprosił mnie, żeby ułożyć do tego akordy, śpiewał mi, szukaliśmy harmonii. No i pojawiła się taka możliwość, czy wręcz w sumie potrzeba, żeby tę piosenkę trochę rozwinąć – była zwrotka, był refren, ale my tak zawsze robimy, że trochę rozwijamy te numery, ktoś ma pomysł, ktoś ma jakiś inny pomysł i z tego się rodzi coś nowego, więc te piosenki stają się dużo szersze i w sumie chyba przez to dużo ciekawsze. I kiedy sobie tak tę piosenkę graliśmy i ona tak dostojnie kroczyła, kroczyła, kroczyła, to nawet nie wiem, jak to się stało, że myśmy po prostu pomyśleli, że końcówka zdecydowanie musi być taka pinkfloydowa. I Wojtek nagrał   Gilmourowskie gitary, w ogóle całe solo przygotował i długo graliśmy to w taki sposób. Potem pojawił się tekst, który miałem szczęście i okazję napisać. Dość szybko mi wszedł refren, który jest bardzo prosty, ale też jest bardzo naturalny. Strasznie się bałem, że może się komuś ten tekst nie spodobać – wiesz, „co by było, gdybyś mnie nie kochała” to jest banał w sumie, aczkolwiek w kontekście całej piosenki i tego o czym śpiewamy, to ja osobiście nie uważam, żeby to było banalne i też, szczerze mówiąc, nie spotkałem się z ani jedną taką sugestią. Wszyscy to bardzo dobrze i fajnie odczytują. Jak zaczęliśmy tę piosenkę nagrywać, to w pewnym momencie pojawiła się myśl, że skoro nasz nowy wokalista Mateusz gra na saksofonie, to choć mówi się, że saksofon to nie jest jakoś mocno rockowy instrument, to powinniśmy go wykorzystać – zwłaszcza, że mamy tę końcówkę pinkfloydową, więc można z tym saksofonem poszaleć gdzieś z tyłu za tą gitarą od Wojtka, za tą solówką Gilmourowską. Mateusz oczywiście się wzbraniał, wzbraniał, wzbraniał... Alex trochę nad nim popracował któregoś wieczoru. Mówi do Mateusza: „Pograj, zobaczymy jakby to mogło zabrzmieć...”. To Mateusz się otworzył, zagrał raz, zagrał dwa, zagrał trzy razy, po czym Alex powiedział: „Dziękuję!”. Mateusz na to: „Jak to?”. „No, nagraliśmy!”. Na drugi dzień przyszedł Wojtek, żeby zagrać tą swoją Gilmourowską solówkę – wchodzi do studia, a my mu mówimy: „Patrz, co Mateusz nagrał!” – i leci to solo na saksofonie. Wojtek na to: „Nosz k***a, po co ja tu przyszedłem, jak to już jest nagrane?! Ja tu nie mam co grać, to jest perfekcyjne!”. No to umówiliśmy się, żeby jednak dograć jakieś gitary, żeby to po prostu pomiksować – ja uważam, że im szerzej, tym lepiej. Oczywiście nie w takim sensie, że od razu będzie barok, ale ten materiał w różne strony możesz ponaciągać i dzięki temu nabiera głębi.

MATEUSZ: Z pewnością! A skoro już wspomniałeś o waszym nowym wokaliście Mateuszu, to jak się Wam współpracowało razem przy nagrywaniu tej płyty – w końcu pierwszej, jaką z nim nagraliście? Czy różnica wieku, jaka jest między nim a resztą zespołu, miała jakiś wpływ na proces tworzenia tego albumu?

PRZEMEK: Nie, nie, nie. Powiem ci, że przy tworzeniu czegokolwiek takie podziały nie istnieją. Mateusz faktycznie jest dużo młodszy od nas i też był naszym fanem, żeby było śmieszniej. Więc to jest płyta poniekąd nagrana z olbrzymim wręcz udziałem dwóch fanów – jeden jest producentem, a drugi jest naszym obecnym wokalistą. No ale nie, nie mieliśmy żadnego problemu. Jak Mateusz dołączył do zespołu, często się ludzie nas pytali: „on jest młody, jesteście doświadczonym zespołem, macie hity – czy on może też przynieść swoje piosenki i komponować z wami?”. Ja zawsze mówię na to: „W sumie, to on nie może komponować – on wręcz musi komponować!”. Gdy wchodzisz do naszej paczki, to tak naprawdę jest to jedyne logiczne rozwiązanie. Oczywiście, że my na to namawiamy, to nie jest żadne żądanie. Więc my za każdym razem przypominamy Mateuszowi: „Stary, jak coś masz, to przenoś natychmiast!”. Oczywiście, jak to trafia potem u nas do obróbki, to różne inne rzeczy nawet potrafią z tego wyjść – ale to jest fajne! Ja mam taką teorię dodawania potencjałów, że jak jest piątka ludzi, to oni się muszą wspierać. Chodzi o to, że nawet my możemy być średni jako muzycy albo kompozytorzy czy autorzy, ale jako piątka musimy sumować swój potencjał, zamiast go odejmować, co zdarza się w różnych zespołach czy w różnych grupach w ogóle, chociażby w drużynach sportowych, gdzie się ludzie nie lubią i przez to nic z ich współpracy nie wynika, bo nie ma chemii. Więc jak taka piątka potrafi dodawać swoje potencjały, to po prostu przychodzi efekt.

MATEUSZ: Tytuł płyty jest też intrygujący, bo widzisz „Wszystkie narkotyki świata” i myślisz, że chodzi o jakieś używki, alkohol – po czym słuchasz tej płyty i okazuje się, że tymi tytułowymi narkotykami są uczucia, emocje, relacje międzyludzkie. Czyli tak naprawdę to, co w przypadku Myslovitz jest takim znakiem charakterystycznym od samego początku.

PRZEMEK: Tytuł płyty wziął się, wiadomo, z tytułu piosenki, a tytuł piosenki wziął się z fragmentu tekstu użytego w konkretnym momencie. Jest to piosenka, która generalnie jest poświęcona czy zbudowana trochę na podstawie historii Amy Winehouse, czy też Anthony'ego Bourdaina, czyli ludzi, którzy teoretycznie mieli wszystko, lecz w pewnym momencie się okazało, że jednak nie mieli najważniejszych rzeczy. I pamiętam, że strasznie mnie dotknęło, jak oglądałem opowiadające o nich filmy i myślałem o tym, pisząc ten tekst – zwłaszcza, że sam jestem długo na scenie i też wiem, jak bardzo można tęsknić, będąc w miejscach pełnych sukcesów – uwierz mi, to kompletnie nie ma żadnego znaczenia, bo i tak jesteś w czarnej dupie. Właśnie o tym był ten tekst i tak mi to w pewnym momencie na myśl przyszło, że to są te „wszystkie narkotyki świata”. I w zasadzie nie myśleliśmy o tym, żeby tak nazwać płytę – to Maciek Durczak, nasz manager, w pewnym momencie rzucił: „Kurde, my to na tytuł dajmy, nie kombinujmy, bo to jest w ogóle świetne na tytuł!”. I wtedy zaczęliśmy myśleć. Ja się tak trochę na początku przed tym broniłem – stwierdziłem, że płytę mamy o generalnie o tym, co się dzieje między ludźmi, o emocjach, o uczuciach bardzo dużo o miłości w różnych tak naprawdę jej wymiarach, niekoniecznie takich, że trzymamy się za ręce i idziemy przez ulicę – w ogóle tego nie ma tak naprawdę – i nie byłem pewien, czy to aby nie będzie zbyt mroczny tytuł. Ale Maciek zapewniał mnie, że to nie będzie ciemny tytuł, tylko taki, na który każdy zwróci swoją uwagę. I tak właśnie się stało – każdy uwagę zwracał.

MATEUSZ: Zaiste! Równie istotnym elementem tego wydawnictwa jest jego okładka, na której widzimy młodą dziewczynę o wyjątkowo zapadającym w pamięć spojrzeniu. Co sprawiło, że właśnie tym zdjęciem postanowiliście opatrzyć Waszą najnowszą płytę?

PRZEMEK: To zdjęcie przyniósł Wojtek. On lata po sieci i ogląda różne rzeczy i to zdjęcie, ta twarz go uderzyła. Jest bardzo naturalna, delikatna, bardziej klasyczna niż nowoczesna. W jej spojrzeniu jest wszystko, każda z emocji, które znalazły się na płycie. I ta dziewczyna, ta okładka patrzy na ciebie tak, że nie możesz oderwać wzroku. I o to chodziło. Wojtek „wymyślił” te okładkę w momencie, kiedy zaczynaliśmy pisać teksty, czyli jakoś w okolicach 2019 roku. W momencie wydania płyty, ten wzrok zabiera cię jeszcze gdzie indziej, do miejsc strasznych i strasznych emocji. Ale dopiero kiedy dowiesz się, że zarówno dziewczyna, jak i fotograf są Ukraińcami, żyjącymi na wschodzie, czyli dokładnie na linii frontu… Nawet nie wiemy… hm… nawet boję się zadawać to pytanie!

MATEUSZ: Premiera tej płyty zbiegła się z 30-leciem zespołu. Myślę, że przypadkiem, biorąc pod uwagę to, co powiedziałeś na temat procesu tworzenia tej płyty. Jednak na swój sposób jest to szczęśliwy traf, ponieważ zbiegły się dwie takie fajne okazje do wyruszenia w trasę. Jak się czujecie w ogóle jako sceniczni „trzydziestolatkowie"? Co Was dalej motywuje do tworzenia?

PRZEMEK: Ja to się muszę przyznać do czegoś: my z tym wiekiem to jesteśmy jak afrykańscy piłkarze – czyli nikt tak naprawdę nie wie, ile toto ma lat, poza tym, co zostało zadeklarowane! [śmiech]. My też ogłosiliśmy, że mamy trzydziestolecie, po czym zaczęliśmy liczyć i... kurde, to chyba ciut za wcześnie! W ogóle wiesz, każdemu wychodzi inny rachunek, więc wiadomo, że około tej trzydziestki już jesteśmy. Nie jestem pewny, czy teraz mamy to 30-lecie, czy może jednak tego 30-lecia nie będziemy mieć tak naprawdę w przyszłym roku czy za dwa lata. Ale... who cares? Przecież wiadomo, że dobre urodziny czy tam dobra impreza potrafi trwać kilka dni, to czemu nie kilka lat? A jeśli chodzi o sam wiek, to w tym, co robimy, nie ma czegoś takiego. Możesz coś osiągnąć na przestrzeni lat, a i tak z płyty na płytę musisz się weryfikować od nowa. Stajesz, stawiasz czoła nowym wyzwaniom, nowemu rynkowi. Rynek się w ostatnich latach diametralnie się zmienił – ale tak naprawdę on się zawsze zmienia. Nie ma czegoś takiego, że coś osiągnąłeś i jesteś już teraz królem. Rynek się zmienia, pojawiają się nowe, młode osoby, które potrafią w ogóle wyrzucić wszystkich w kosmos. Potrafi się pojawić nowe nazwisko praktycznie z dnia na dzień. Ja bym powiedział, że to jest zjawisko obecne zawsze, z generacji na generację. W każdym razie nam się gra dobrze. Nie zauważamy upływu czasu – oczywiście dopóki się człowiek w lustro nie popatrzy. Ja mam cały czas osiemnaście lat dopóki nie spojrzę w lustro – a jak spojrzę w lustro, to wolę dłużej nie patrzeć [śmiech]. W każdym razie, ja się tak samo, jak wiele lat temu, potrafię denerwować wychodząc na scenę. Oczywiście, te nerwy są mniejsze i trochę mniej mi sztywnieją palce, że się tak wyrażę. Mamy też doświadczenie, jak pewne rzeczy przeprowadzać i trochę większe zaufanie do siebie, że już wiemy, że na przykład gramy, coś jest nie tak z tyłu – to znaczy mamy słaby odsłuch – ale wiemy, że z przodu jest dobrze i gramy i to się jakoś toczy. Jeszcze kilkanaście lat temu taka sytuacja potrafiła nas w totalną rozsypkę wprowadzić, totalnie nas nas zdezintegrować na scenie – a w tej chwili już wiadomo, że jest takie zaufanie, iż po prostu gramy. Staramy się mieć jakiś swój własny komfort, no ale jak go nie ma, to czemu mamy zwracać na to uwagę? Ważne, że jest klik, że jest tempo, słychać trochę wokalu, trochę werbla – i jest jazda!

MATEUSZ: Tak jak mówisz, ta trasa jest może trochę umownie nazwana trasą na 30–lecie. Tak czy inaczej, skoro już świętujecie taki jubileusz, czy była jakakolwiek szansa na choćby gościnny występ Artura? Pytam, bo wiem, że wielu fanów o tym marzy ciągle mimo upływu lat. Jakie są w ogóle wasze relacje? Czy rozmawiacie ze sobą?

PRZEMEK: Szczerze? Nie mamy jakichś wielkich relacji ze sobą, więc trudno powiedzieć, jak by to mogło się rozegrać. Nikt niczego nie wyklucza. Natomiast, ponieważ nie spotykamy się ze sobą, nie rozmawiamy, więc generalnie o takich pomysłach też się nie dyskutuje. My jesteśmy zajęci nową formułą zespołu, z nowym człowiekiem w roli wokalisty. I też muszę ci uczciwie powiedzieć, że jeśli kiedykolwiek pojawiłby się taki pomysł, to i tak najpierw Mateusz musiałby wyrazić swą opinię na ten temat. Jeśli on byłby jakoś OK z tym i chciałby to zrobić – to wtedy moglibyśmy zacząć rozważać cokolwiek, ale to jest tak naprawdę w Mateusza gestii, a nie w naszej. Wiesz, to jest nowy człowiek, ale my jesteśmy po prostu paczką i trzymamy się razem.

MATEUSZ: Był moment, że zaczęliście wyjeżdżać na koncerty do krajów Europy Zachodniej, wydaliście materiał po angielsku, mieliście sporo fanów poza granicami Polski. Wydawało się, że jest potencjał, by z tej Polski trochę wypłynąć i stać się zespołem rozpoznawalnym w skali kontynentalnej. Nie żałujecie po latach, że nie pociągnęliście tego bardziej?

PRZEMEK: Zadajesz niebezpieczne pytanie! [śmiech] Myślę, że wszyscy żałujemy. Ja zawsze mówiłem, że żałuję. Wiesz, u nas były duże walki, jak rezygnowaliśmy z kariery zachodniej – a przypomnę, że zrezygnowaliśmy z kariery zachodniej, bo zrezygnował nasz wokalista, Artur. Miał swoje pomysły na życie i generalnie nie za bardzo go w tamtym czasie interesowało cokolwiek innego. Powiem ci szczerze, że jestem święcie przekonany, iż on też żałuje w tej chwili, bo to są takie szanse, które się rzadko powtarzają. Wiesz, człowiek jak jest w jakiejś sytuacji to czasami nie dostrzega potencjału możliwości, jakie ta sytuacja przed nim stawia. Zresztą ludzie mają w ogóle tendencję do tego, by nie dostrzegać, jakie mają szczęście, że coś im się przydarzyło, że coś się dzieje, że pojawili się w jakimś miejscu, że dostali jakąś szansę, że związali się ze wspaniałą osobą. Potrafimy tego nie dostrzegać, potrafimy wszystko centralnie, totalnie sobie spieprzyć w ten sposób [śmiech].

MATEUSZ: Może tym spuentujmy ten wątek! A jeśli chodzi o tą anglojęzyczną wersję płyty „Korova Milky Bar” – nie dość, że niełatwo ją kupić na nośniku fizycznym, to jeszcze nie jest dostępna choćby w wersji cyfrowej w serwisach streamingowych. Jest szansa na jakąś reedycję, albo chociaż na udostępnienie tego materiału w streamingach?

PRZEMEK: Pracujemy nad tym. Ale po godzinach.

MATEUSZ: A jakie są dalsze plany zespołu? Widziałem na Waszej stronie internetowej, że macie trochę plenerów zaplanowanych na wiosnę i lato, ale czy to oznacza koniec trasy na 30–lecie połączonej z promocją nowego krążka, która w gruncie rzeczy była dość krótka?

PRZEMEK: Rzeczywiście, po okołowielkanocnej przerwie wracamy do koncertowania – tylko będzie to trochę inne koncertowanie, wiesz, występy na świeżym powietrzu z różnymi ludźmi, innymi zespołami, czasami w jakimś mieście, czasami na jakimś festiwalu, jak w tym roku w Jarocinie. Natomiast od drugiej połowy października, z tego co wiem, będzie kontynuacja tej trasy na 30-lecie. Nie wiem, czy znów się bardziej skupimy na nowej płycie, bo już teraz graliśmy ją prawie całą. Myślę, że tak, bo ona jest bardzo dobrze przyjmowana, co jest dla nas szalenie zaskakujące i tak samo miłe.

MATEUSZ: Jest naprawdę fajna, spójna i wywołuje dużo emocji!

PRZEMEK: Dziękuję! Nie chcę wymuszać na tobie tych słów, ale kontynuuj, kontynuuj, powiedz jeszcze parę zdań! [śmiech] W każdym razie, ja bym się skupiał na tej płycie, zwłaszcza, że to są piosenki nagrane z Mateuszem, napisane z jego udziałem, więc to naturalne, że będziemy chcieli jak najwięcej tego materiału prezentować na żywo.

MATEUSZ: Ten wywiad powoli zmierza ku końcowi. Czy chciałbyś może w tym miejscu powiedzieć coś z głębi serca do waszych fanów, by spuentować tę rozmowę?

PRZEMEK: Wiesz, tylko jedno mi przychodzi do głowy: rozglądajcie się i patrzcie w jakiej jesteście sytuacji i nie zawalcie sobie wspaniałych momentów!

Komentarze: