Inee: "Dobrze się czuję w mrocznej bajce"

Inee: "Dobrze się czuję w mrocznej bajce"

Inez Janiak-Molęcka, szerzej znana jako Inee, to postać niezwykle wszechstronna. Światowej sławy tatuatorka, popularna tiktokerka (choć nie lubi tak o sobie mówić...), biegaczka, która ukończyła maratony na wszystkich kontynentach, autorka książki... A przede wszystkim wokalistka, znakomicie łącząca w swojej muzyce rap, pop i rock. Właśnie ukazał się jej najnowszy singiel „jigglypuff", z gościnnym udziałem Feno. Zapraszamy do lektury naszego wywiadu z Inee.

Tytuł twojej nowej piosenki, „jigglypuff", na pewno zabrzmi znajomo wszystkim fanom „Pokémon". Ale o ile w kreskówce Pokemony to sympatyczne stworki, to u ciebie to raczej dość mroczne, wręcz demoniczne istoty...

INEE: Kiedy oglądałam „Pokemony" w dzieciństwie, to wydawały mi się sympatycznymi postaciami. Ale kiedy trochę dorosłam, zdałam sobie sprawę, że ta bajka była nieco makabryczna. Bo z jednej strony Pokemony były przyjaciółmi trenerów, a z drugiej w oryginalnej mandze prowadziły krwiożercze walki na śmierć i życie. Zatem Pokemony mają dwojaką naturę. Dla dzieci niech to pozostaną sympatyczne stworki, dla mnie są to makabryczne stworzenia (śmiech). Ale mieć swojego Pokemona to było marzenie każdego z nas, prawda? Moim ulubionym był właśnie Jigglypuff, ponieważ od dzieciaka śpiewam, i z tym Pokemonem się związałam emocjonalnie (Jigglypuff kocha występować i śpiewać, ale jego śpiew usypia ludzi i Pokemony. Zirytowany tym stworek ma zwyczaj malować swojej śpiącej „publiczności" wzorki na twarzach flamastrem, którego używa jako mikrofonu – red.).

W „jigglypuff" mamy jeszcze jedno nawiązanie do anime – wymieniasz Nezuko, postać z bardzo popularnego obecnie serialu „Demon Slayer" („Miecz zabójcy demonów"). Dziewczynka ma podwójną naturę, demona i człowieka – co to dla ciebie symbolizuje?

Tak, Nezuko z jednej strony była demonem, ale z drugiej była pozytywną postacią, kochała swojego brata i mu pomagała. Ale nie będę spoilerować. W sercu Nezuko pozostała więź rodzinna, chciała pozostać po tej stronie światła. I tak to chyba jest w życiu – każdy człowiek ma jasne i ciemne strony i to my decydujemy, które będą przeważać. Nie ma ludzi tylko i wyłącznie złych i tylko i wyłącznie dobrych. Funkcjonując przez jakiś czas w mediach społecznościowych zauważyłam, że istnieje coś takiego jak efekt aureoli. Ludzie, którzy są na świeczniku, którzy są powszechnie obserwowani, są stawiani na piedestale, sprawiają wrażenie idealnych. A tak wcale nie jest. Zawsze staram się przekazywać w piosenkach, że z ludzi nie można robić świętych, bo każdy ma swoje złe strony. W tekstach opwoiadam szczerze o swoich problemach, rozterkach i rzeczach, które nie są we mnie fajne, bo tę swoją ciemną stronę też lubię uzewnętrzniać.

Kończąc wątek anime – nie masz wrażenia, że ostatnio w muzyce jest naprawdę dużo nawiązań do japońskich animacji? Szczególnie w rapie, ale nie tylko – album inspirowany anime nagrała chociażby Daria Zawiałow.

To prawda. W rapie nawiązują do tego Szpaku, Guzior. White 2115 miał kawałek „Broly", a to przecież postać z „Dragon Ball". W Polsce jest duży fanbase anime i ludzie te nawiązania kojarzą. Zauważam to też jako tatuatorka – tatuaże z anime są bardzo popularne, a dla mnie to miód na serce (śmiech). Ja jestem rocznik '91, więc wychowałam się na japońskich bajkach. W telewizji oglądałam „Dragon Ball" z francuskim anime, „Pokémon", „Digimon". Całe dzieciństwo byłam sklejona z mangą i anime i często zdarza mi się do nich nawiązywać w piosenkach – do „Death Note", „Digimon", „Pokemonów", „Dragon Balla" nawet.

Z kolei twój poprzedni singiel nosił tytuł „filmy marvela". Popkultura to dla ciebie główne źródło inspiracji?

Jestem geekiem, kocham popkulturę. Ale nie wydaje mi się, by to było moje główne źródło inspiracji – są nim przede wszystkim relacje międzyludzkie. Ale popkulturę mogę postawić na drugim miejscu, bo rzeczywiście często się przewija przez moje utwory.

Twoje utwory mają atmosferę nieco mrocznej bajki – zgodzisz się z tym?

Tak, bo ja się w świecie mrocznej bajki bardzo dobrze czuję. Nie lubię wesołych bajeczek, które się dobrze kończą. Dla mnie prawdziwe baśnie to takie, w których pojawia się element grozy, na przykład Andersena albo braci Grimm. Po „jigglypuff" będę wypuszczała numer „Faded", który nie do końca się dobrze kończy... W muzyce wszystko jest takie dobre i piękne, a brakuje mi rzeczy, które mogą zostawić człowieka z przemyśleniem – o cholera, dlaczego tak się stało? Śpiewam o miłości, ale jednak ten element mrocznej bajki chciałabym zachować w swoich utworach. Czuję, że to po prostu jestem ja. Mimo wizerunku wiecznie uśmiechniętej blondynki, to jednak gdzieś tam jest we mnie dużo mroku. Chciałabym go uzewnętrznić gdzieś w piosenkach.

Czy ten mrok w twojej muzyce wynika też z twojej rockowo-metalowej przeszłości?

Tak! Moja muzyczna przeszłość jest związana z klimatami bardziej rockowymi, nu metalowymi. Przez całe życie wmawiano mi, że mój głos się nadaje tylko do takiej muzyki. Na szczęście poznałam osoby, które powiedziały mi – spróbuj robić taką muzykę, jakiej sama słuchasz. Od jakichś siedmiu lat słucham rapu i cieszę się, że teraz taką muzykę wykonuję, ale te elementy rocka pozostały – to taki pop-rock-rap.

Innym artystą, którego twórczość lokuje się na pograniczu rocka i rapu jest Feno. Chyba nieprzypadkowo wystąpił on gościnnie w „jigglypuff"?

Pewnie. Zgadaliśmy się z Feno już dawno temu, kiedy jeszcze poruszałam się głównie w klimatach rockowych. Usłyszałam jego numer „Zamieć" i się w tym utworze po prostu zakochałam. Nie mogłam uwierzyć, że coś takiego w Polsce powstało. Feno ma w sobie coś takiego, co ma też Piotr Rogucki, który wręcz ogłupia dziewczyny swoim głosem. Kiedy nawija, człowiek jest jak zahipnotyzowany. Nie mam zbytnio odwagi, by pisać do obcych ludzi, ale wtedy się przełamałam, napisałam do Fena i go spropsowałam, że nie słyszałam czegoś takiego na polskim rynku i że uzupełnił lukę w moim serduszku. I zaczęliśmy ze sobą pisać na temat muzyki. Od słowa do słowa padł pomysł, żeby coś razem zrobić, ale na szczęście wtedy nie mieliśmy na to za bardzo czasu ani możliwości. Później zmieniłam muzyczny kierunek na bardziej rapowy i cieszę się, że właśnie teraz powstał ten wspólny numer z Feno. Bo teraz jestem w końcu w pełni usatysfakcjonowana z tego, co nagrywam.

Podoba ci się kierunek, w którym w tej chwili podąża rap?

Zaczęłam słuchać rapu, odkąd zaczął być bardziej melodyjny. Nie byłam fanką takiego typowego ulicznego brzmienia. Wiem że są ludzie, którzy tego słuchają i ok, bardzo dobrze. Ale cieszę się, że rap poszedł troszeczkę w pop. Rap jest teraz muzyką popularną, nazwałabym go nowym popem. Podoba mi się, że jest teraz bardziej przyswajalny, że pojawiają się w tym gatunku rzeczy melodyjne, dzięki czemu zyskuje większą liczbę odbiorców, większą słuchalność.

Czujesz, że wypełniasz swoją muzyką lukę w polskim rapie?

Staram się, by tak było. Moim zdaniem w Polsce jest o wiele za mało mało kobiet w rapie i tych luk jest bardzo dużo. Brakuje mi kobiety takiej trochę „patusiarskiej", w stylu PRO8L3M, którego bardzo dużo słucham, brakuje mi czegoś w stylu rosyjskich raperek, które mają takie słodkie, cienkie głosiki, i brakuje mi kogoś takiego jak Mario Judah ze Stanów. Wśród męskich raperów też brakuje mi takich „krzyczących", jak 27.FUCKDEMONS i Szpaku. Chciałam więc tę lukę uzupełnić sobą, bo dobrze się w tym klimacie czuję – w takich mrocznych, krzyczących tematach.

Jak ci się podoba obecna polska scena kobiecego rapu?

Mamy Dziarmę, którą ubóstwiam, jest przezajebista, mamy Ruskiefajki, która zapełnia taką groźną, Kartky'ową lukę, mamy Oliwkę Brazil, postać kontrowersyjną, ale też wypełniającą pewną niszę. Te luki będą się po jakimś czasie zapełniać. Rap scena się otworzyła, ludzie są bardziej otwarci na kobiety w tej muzyce, nikt ich nie wyśmiewa, nie hejtuje. Może stanie się tak jak w męskim rapie, że będzie przesyt i na każdą lukę przypadnie po pięć raperek (śmiech). Ale oby było dziewczyn jak najwięcej. Ja się z tego mega cieszę, że coraz to nowe się pojawiają.

W „jigglypuff" śpiewasz: Urodziłam się z rogami, lecz stępili je. W dzieciństwie byłaś buntowniczką?

Powiem szczerze, że do dzisiaj nią jestem, i do dzisiaj mam te rogi (śmiech). Wciąż nie do końca rozumiem niektóre ramy, w które nas wciska świat. Mam taki frywolny charakter, jeśli chodzi o to, co można, a czego nie. Uważam, że jeśli nikogo nie krzywdzę, to nie robię nikomu nic złego, ale... Prawo ma czasami inne zdanie na ten temat (śmiech).

Słyszałem, że miałaś być lekarką. A zostałaś wokalistką i tatuatorką. To też wyniknęło z tego buntu?

Tak. Od dzieciaka śpiewałam i rysowałam, wiedziałam, że muszę być artystką. Ale mam mamę pielęgniarkę – która zresztą miała być lekarzem, ale zaszła ze mną w ciążę i ostatecznie została pielęgniarką - i ojca wojskowego. I oni byli ukierunkowani na to, że na pewno zrobią ze mnie lekarza. Wyszło jak wyszło - mimo że dobrze się uczyłam, to fakt, to wolałam dawać koncerty na  podwórku i rysować po ścianach. Los chciał, że poszłam jednak na Uniwersytet Medyczny w Łodzi. Ale po półtorej roku nauki zadzwoniłam do mamy i powiedziałam – mamo, nie będę studiować. I się rozłączyłam. Dwa tygodnie nie rozmawiałam z mamą, bo bałam się jej reakcji, nie odbierałam od niej telefonów (śmiech). No i od tej pory tatuowałam i grałam w zespole, robiłam to, co chciałam robić. Studia i praktyki w szpitalu to było coś, czego chciała moja mama, nie ja. Ale kiedy poznałam mojego męża, który jest dentystą, to mama w końcu była zadowolona, bo przynajmniej sprowadziłam lekarza do domu (śmiech).

Jak doszło do tego, że zajęłaś się tatuażem?

Chciałabym się nazywać polskim Fredem Durstem (lider Limp Bizkit – red.), bo Fred najpierw tatuował, a potem rzucił to dla muzyki. U mnie tak to wyglądało. Robienie muzyki jest niestety dosyć kosztowne. Kiedy rzucałam studia, to wiedziałam, że nie utrzymam się z muzyki, bo ze swoim zespołem co prawda grałam koncerty, ale dostawaliśmy z nich może po 300 złotych na głowę, a to, co zarobiliśmy, odkładaliśmy na nagrywki w studiu. Wtedy muzyka to w ogóle nie była dla mnie kwestia zarobkowa. Ale ktoś mi podsunął pomysł, że skoro dobrze rysuję, to może mogłabym tatuować. Pomyślałam – trochę potatuuję, coś zarobię i dalej będę robić muzykę. I to był strzał w dziesiątkę. Ja mam taki charakter, że jak już coś robię, to musi być na sto procent. Dlatego ambicja nie pozwoliła mi zbyt szybko podziękować tatuażowi, bo zaczęło mi to naprawdę dobrze wychodzić. Zrobiłam karierę, można powiedzieć, światową, bo tatuowałam na całym świecie, łącznie z Australią! Tak się skupiłam na tym tatuowaniu, że na chwilę przestałam grać muzykę, ale zawsze mimo wszystko była z tyłu głowy.

W salonie tatuażu na pewno można posłuchać wielu ciekawych historii. Zdarza ci się je wykorzystywać w piosenkach?

Staram się nie robić takich rzeczy. Tatuatorzy są trochę jak psychologowie, ludzie przychodzą do nas się wygadać, a nie chciałabym roztrząsać czyichś prywatnych historii w swoim utworze. Wystarczą mi roszady w moim własnym życiu, by mieć tematy do piosenek.

Skoro twoja kariera tatuatorki kwitła, to dlaczego wróciłaś do muzyki?

Kiedy poznałam Daniela, mojego męża, zapytał mnie: Co tak naprawdę chciałabyś w życiu robić? Bo widział, że jestem przepracowana, nie odnajduję już radości w samym tatuowaniu. Pojawiały się jakieś nagrody, wyróżnienia, duperele, ale przede wszystkim marzyłam o robieniu muzyki, nie o tatuowaniu. To był tylko pomysł na utrzymanie się. Dwa i pół roku temu zaczęłam nagrywać z powrotem. Musiałam przejść pewną drogę, by na nowo się ukształtować i być z siebie zadowolona, ale to mi się udało.

Opowiedz trochę o swoich poprzednich zespołach, z czasów, gdy grałaś jeszcze rock i metal.

Był zespół Overhood. Na początku grali z wokalistą Arielem, ale kiedy on zrezygnował, mój kolega tatuator, do którego chodzili członkowie zespołu, powiedział im, że zna jedną taką dziewczynę, która zajebiście drze ryja. Bo wcześniej śpiewałam w szkolnych zespołach, wiedział, że mam głos. Przyszłam do Overhood na próbę i zostałam. Graliśmy przez kilka lat koncerty po Polsce, zrobiliśmy parę numerów. Ale kiedy wystrzeliła moja kariera tatuatorska, musiałam zrezygnować ze współpracy z Overhoodem. Jego nagrania można jeszcze gdzieś znaleźć w Internecie. Miałam jeszcze jeden zespół, nazywał się I Mess – od mojego imienia i od bałaganu (śmiech). Nagraliśmy kilka takich „gimnazjalnych bangerów". Niestety, w wyniku pewnych spraw personalnych straciłam wszystkie nasze nagrania. Ale jeden z numerów, który do dziś nucą moi znajomi, chciałabym jeszcze nagrać ponownie.

W mediach często bywasz podpisywana jako tiktokerka i influencerka. Jak się czujesz z takimi określeniami?

Mam z tym, kurczę, problem. Trochę tych obserwujących na TikToku jest (śmiech) (1,2 miliona – red.). Nie chcę, by to zabrzmiało jakkolwiek próżnie, ale siedzę w tych social mediach już prawie 10 lat, trochę się na tym znam i umiem rozpromować ludzi i siebie. Często pomagam tatuatorom prowadzić Instagrama. Kiedy zaczęła się pandemia, przez 3 miesiące byłam bez pracy, więc pomyślałam – co mi tam, wezmę się za tego TikToka. Przeglądałam aplikację, starałam się ją rozpracować i zaczęłam wrzucać tam filmiki. I mój profil poszedł mocno do przodu. Ale ja traktuję TikToka tylko jako medium dla swoich działań – muzyki, tatuaży. Nie lubię określenia tiktokerka, bo dla mnie to jest ktoś, kto zajmuje się tylko TikTokiem. Nie podejmuję płatnych współprac, nie zarabiam na TikToku. Jeśli ktoś używa w moim kontekście określenia tiktokerka, to spoko, na to się pisałam, zakładając profil, ale to trochę krzywdzące wobec osób, które się tym zajmują na poważnie. I dziwnie się czuję, robiąc tyle innych rzeczy w życiu, a będąc podpisaną jako tiktokerka (śmiech).

Może też powinno się podpisywać ciebie jako pisarka – w końcu masz na koncie książkę, „Bez strachu. Jaka jest siła marzeń i ile człowiek jest w stanie zaryzykować, aby dopiąć swego".

Pisarka to za duże słowo... Od dzieciaka mam swoją wishlistę rzeczy, które chciałabym w życiu zrobić, i jedną z nich było napisanie książki. Ale nie miałam historii, która by była godna opisania w książce. Jak zwykle, scenariusz podsunęło mi samo życie, bo w listopadzie i grudniu ubiegłego roku wydarzyły się rzeczy kosmiczne nawet jak na mnie, uzależnioną od adrenaliny ryzykantkę. Spisałam to w formie książki, opisałam własnymi słowami. Po poście na Instagramie odezwało się do mnie wydawnictwo Pascal, że chciałoby ode mnie tę historię wziąć. Co prawda treść trochę została ocenzurowana, żebym nie miała problemów z prawem... (śmiech). Ale książka poszła w świat. Mam na koncie debiut pisarski, ale mimo wszystko, nie nazwałabym się pisarką, bo by się tak nazywać, trzeba to robić latami.

Jedną z tych kosmicznych rzeczy był maraton na Antarktydzie. Jak ci się udało tego dokonać?

Jak już wiesz, wszystko co robię, robię na sto procent, więc kiedy zaczęłam biegać, to postanowiłam, że chcę startować w zawodach, i to największych na świecie. Stwierdziłam, że chcę przebiec maratony na wszystkich kontynentach i przez ostatnie cztery lata udało mi się to zrobić. Ten ostatni kontynent był najbardziej problematyczny, bo była to Antarktyda. Odkładałam kasę na wyjazd kilka lat, a w dodatku przez pandemię sprawy się pokomplikowały na miejscu. Na Antarktydę można polecieć z Chile, a nam nie chcieli przyznać wstępu do tego kraju, mimo posiadanych wszystkich szczepień. Musieliśmy sobie z mężem poradzić inaczej i ostatecznie wylądowałam na Antarktydzie – jak, tutaj nie zdradzę (śmiech). Na starość będziemy żałować tylko rzeczy, których nie zrobiliśmy, więc jak sobie coś w głowie ułożymy, że czegoś chcemy, pragniemy, to powinniśmy zrobić wszystko, żeby to zrealizować.

Rozmawiał: Maciej Koprowicz

Singiel Inee x Feno „jigglypuff" jest już dostępny w serwisach cyfrowych: https://e-muzyka.ffm.to/ineejigglypuff

Komentarze: