Zbigniew Wodecki: "Miałem tremę, jakbym znów zdawał maturę!"

Zbigniew Wodecki: "Miałem tremę, jakbym znów zdawał maturę!"

- Do nagrania debiutanckiej płyty namówił mnie Wojtek Trzciński. Nie miałem wtedy jeszcze repertuaru. Odpowiedział: „To wykombinujemy. Ja napiszę, Ty napiszesz, Kukulski napisze... Napisaliśmy, zrobiliśmy aranże, bez specjalnego zadęcia. To były czasy kiedy nagrywało się na żywo w studio, czasy Burta Bacharacha na przykład. Na tamte czasy, tamta muzyka widocznie nie była taka przebojowa, jak moim zdaniem powinna być. Bo to był czasy gitar elektrycznych, zespołów No To Co, Niebiesko – Czarni... I oni grali na gitarach, śpiewali fajne piosenki. A myśmy grali bardziej instrumentalno – wokalną – wspomina Zbigniew Wodecki.

Po czterech dekadach, jego płytowy debiut zyskał drugie życie, dzięki współpracy z formacją Mitch & Mitch. Jak to wspólne przedsięwzięcie zabrzmiało na żywo można przekonać się na własne oczy i uszy, dzięki wydawnictwo „1976: A Space Odyssey”. O kulisach pracy nad tym przedsięwzięciem oraz innym niecodziennym projekcie opowie Zbigniew Wodecki.

Robert Dłucik, Wyspa.fm: Jakie uczucia towarzyszyły Panu podczas pracy nad tym projektem?

Zbigniew Wodecki: Czułem się jakby zaczynał od początku. Inny anturaż, inni muzycy, po 40 latach jeszcze raz musiałem się wszystkiego nauczyć. To było bardzo stresujące dla mnie, wbrew pozorom. Ale prawda jest taka, że miałem tremę, jakbym zdawał znowu maturę.

-->> Przeczytaj także: Nasza recenzja: 1976: A Space Odyssey

Przed OFF Festivalem zagraliście ten materiał na koncercie w radiowej „Trójce”, ale występ w Katowicach był dla Pana zupełnie nowym doświadczeniem...

Na tego typu festiwalu tak, bo jestem muzykiem z zupełnie innej dziedziny niż rock. A tego typu repertuar grany w plenerze – wydawał mi się za mało głośny i huczny, za trudna na tego typu imprezy. Bałem się, czy ludzie będą cokolwiek słyszeć po tych wszystkich heavy metalowych zagrywkach. Przed naszym koncertem była tylko chwila przerwy, trzeba było się szybko zamontować na scenie.
Wydaje mi się, że trzeba być przygotowanym do słuchania takiego repertuaru, mieć na to ochotę, to wymaga skupienia na funkcjach, współbrzmieniach, improwizacjach. Obawiałem się, że to się tam nie przeniesie. Ale... przeniosło się i do dziś mnie to dziwi.

Przyjęcie mieliście owacyjne!

Reakcja publiczności była dziwna. Ludzie zachowywali się jakby chcieli nam zrobić przyjemność. Co nas bardzo uskrzydliło. Mnie na pewno, bo Mitch & Mitch mają to we krwi, że uskrzydlają publiczność tym co robią na scenie (śmiech). Byłem bardzo ciekaw jak to zagrają. W „Trójce” czułem się jakby we mgle, zupełnie nie wiedziałem o co chodzi, naprawdę. To był bardziej bardziej taki happening muzyczny. Pierwszy raz w czymś takim wziąłem udział, po wielu latach śpiewania na estradzie, więc taka zabawa była dla mnie zaskoczeniem. A okazało się, że ludziom bardzo to pasuje, trzeba było się dostosować do tego i dalej trzeba się było dostosowywać, nawet w studiu Polskiego Radia, gdzie zarejestrowano te dwa koncerty. Oni świetnie się tym bawią, aranże się nie zestarzały, ta muzyka dalej jest taka, jaka była kiedyś. To nie jest hit, który się robi na sezon. Sezon mija – nie ma piosenki. A to jest muzyka, która się broni przez lata. Są numery, które można grać przez lata i one się nie starzeją. Okazało się, że do tej kategorii należy też moja pierwsza płyta.

Michel Buble na muzyce w podobnych klimatach robi dziś furorę na światowych scenach...

Trzeba przestać grepsować tym efekciarstwem, które niektórym instrumentom daje fabryka. Zawsze jest taki okres, każda epoka ma swoje efekty – a to fuzz na gitarze, a to różne Moogi ludzie wymyślali. I ci, którzy nie umieli – stosowali dość często. A ci którzy umieli, stosowali tylko tam, gdzie było potrzebne. Jak Herbie Hanckok. Jeszcze parę innych nazwisk można byłoby wymienić... W ogóle technologia bardzo poszła do przodu, ale ten kij ma dwa końce. Z jednej strony można się tym bawić w nieskończoność, mogą to robić nawet osoby niewykształcone muzycznie i to jest ich zbójeckie prawo, nie mówię tego w znaczeniu pejoratywnym. Ale bywa też tak, że potem trudno oddzielić, czy na tej klawiaturze grał kot, czy pianista. Trzeba się też nauczyć słuchać tej muzyki, na tym to polega.

Projekt z Mitch & Mitch żyje własnym życiem, w planach są kolejne koncerty. Ale czy można spodziewać się premierowych nagrań zrobionych wspólnie?

Myślę, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. To była próba połączenia „starego z młodym”, albo udowodnienia, że „stare” się nie starzeje. I to spełniło swoją rolę. I ja bym zamknął ten rozdział. Wydarzyło się coś fajnego i nie ma sensu tego roztrząsać.  Nie możemy za często grać tego materiału, nie może się zrobić z tego komercyjne granie, bo wtedy straci swoją świeżość i wykop. Mamy oczywiście parę koncertów po drodze, płyta bardzo szybko się sprzedała, podobno jest już „dodruk” DVD z koncertu, z czego się bardzo cieszę. Zagramy parę koncertów, ale to ma być na zasadzie wydarzenia: co dwa – trzy miesiące koncert w dużym mieście i potem każdy robi swoje. A nasze spotkanie ma być świętem i myślę, że tak to traktujemy. Z jednej strony boję się znowu spotkania z publicznością i z nimi, bo oni zawsze mają masę niespodzianek na koncercie, a z drugiej się na to spotkanie cieszę. Mam tremę, ale to jest taka mobilizująca trema.

Ostatnio wziął Pan też udział w innym spotkaniu „starego” z „młodym”. Mam na myśli projekt „Albo inaczej”, gdzie wziął Pan na warsztat Peję.

Bardzo fajnie, że taki pomysł się zrodził w jednej z wytwórni. Zawodowi muzycy, którzy dużo umieją, mogli pokazać, że umieją dużo przy okazji tego projektu. Bo wzięliśmy tylko teksty, natomiast muzycznie zostały dopisane aranże na big band.

Zdarzało się Panu wcześniej słuchać polskiego hip hopu? Na przykład w aucie...

Tak, tak, tak. Bardzo ciekawe to jest. Nie potrafię rapować. Imponuje mi wszystko to, czego ja nie umiem (śmiech). Bo jak ktoś dobrze gra – to wtedy ja też dobrze gram. Natomiast rapować nie potrafię i to mnie kręci u tych ludzi, że to jest bardzo fajne. Chodziło o tekst, który stał się impulsem, żeby zrobić coś inaczej. I koncert też wyszedł bardzo udany w Teatrze Dramatycznym, gdzie nie było siedzeń i ludzie stali. I był czad, jak to się teraz mówi. Wszyscy mieliśmy satysfakcję, łącznie z tymi muzykami, którzy nareszcie mieli zajęcie. Pokazali jakby inny rodzaj muzyki fanom rapu.

Komentarze: